Relacja Cyryla z London Grand Tournament
Relacja Cyryla z London Grand Tournament

Zawsze miałem problemy z napisaniem porządnego wstępu do opowiadań, wypracowań czy innych prac semestralnych więc tym razem po prostu zacznę swoją relację od zdjęcia...

To jest pierwsze zdjęcie jakie udało się zrobić przed London Grand Tournamentem na którym miałem przyjemność zagrać i pokulać nieco kostkami FGB!

Pomysł na wyjazd na ten turniej zrodził się w mojej głowie jeszcze w latach szkolnych gdy grałem dzielnie w Warhammera Fantasy Battle (na zawsze w naszej pamięci [*]). Oczywiście ze względów finansowych i poza finansowych ten wyjazd pozostawał w sferze marzeń – jaki normalny rodzic puści swoje małoletnie dziecko na turniej w figurki do Wielkiej Brytanii? Gdyby nie to, że śmiertelnie obrażony jestem na to co się stało z WFB przerzuciłem się rok temu na WH40k. No ale, do pointy…

Turniej reklamowany był jako największe wydarzenie z grami Generalnego Wydawcy w tej części świata i chyba rzeczywiście takie było. Udowodnił to pierwszy dzień i blisko 2h opóźnienia w rozpoczęciu pierwszej gry. Organizatorów trochę chyba przerosły środki bezpieczeństwa zastosowane przez miejscową ochronę – każda torba została gruntownie przeszukana, a każdy ochroniarz pewnie koło 100 razy usłyszał mało śmieszny żart że w tej torbie jest dużo broni… sam opowiedziałem ten żart dwukrotnie, wtedy bawił.

Z moim partnerem turniejowej niedoli – Kubciem – przyszliśmy na stadion trochę wcześniej niż inni gracze, więc mieliśmy trochę czasu żeby przyjrzeć się stołom i organizacji turnieju w jego początkowym stadium. Powiem szczerze, że trochę nie rozumiem ogólnointernetowego hate’u na jakość wykonania stołów, a właściwie terenów na nich. Wykonanie tylu terenów, w tak krótkim czasie i z tak małym zespołem to była tytaniczna praca i podziwiam organizatorów że dali radę to w ogóle wyciąć. No ale mniejsza z tym.

Najpierw chwilę opowiem o tym z czym pojechałem i dlaczego właśnie taka rozpiska. Obostrzenia turnieju zabraniały duplikowania detaczmentów więc zdecydowałem się pojechać z batalionem, supreme command i spearheadem. Koniecznie chciałem wcisnąć 4 lemany i shadowsworda (którego osobiście nie znoszę, ale skoro gramy o wysokie miejsce to trzeba niestety go wziąć). 2 z lemanów to punishery, wzięte ze względu na obawę przed wpadnięciem na hordy – nie żeby miały mi dwa pomóc w zabiciu 150 plagusów, ale dawało mi to jakąś szansę na nie bycie zalanym w drugiej turze. Dwa pozostałe to Pask z battle cannonem i zwykły commander z tymże działem na wieży. O shadowswordzie nie ma co pisać, zawsze wygląda tak samo. Poza tym w rozpisce znalazło się miejsce dla garstki gwardzistów którzy mieli za zadanie dzielnie bronić czołgów własnymi lasgunnami i dwóch rzeczy które wziąłem specjalnie pod ten turniej – 3x3 moździerzy i 6 bulgrynów z pałami i 4+ invem. Moździerze sprawdziły mi się znakomicie! Tereny były predefiniowane, to znaczy już przed turniejem wiadomo było jakie będą stoły. Na tych stołach ilość LOS blokerów była tak duża że trzeba było wziąć coś co powyciąga różne śmieci zza tych zasłon, a do tego same za nimi będą siedzieć i łapać punkty za objective stojący tuż obok. Druga rzecz o której wspomniałem to bullgryni, niby fajni, niby można im podbić inva do 2+ w strzelaniu, ale mnie jakoś nie przekonali jednak na tym turnieju – za wolni są. Wziąłem ich żeby mieć kontrę na shining speary, ale szczęście było po mojej stronie i w żadnej bitwie nie wpadłem na eldarów. Przynajmniej tych cywilizowanych.

Teraz trochę o bitwach. W przypadku LGT bitew grało się 5, czyli tyle co na standardowym polskim dwudniowym turnieju. Już na tym etapie miałem wątpliwości czy jakiekolwiek potknięcie umożliwi grę o TOP10… to potknięcie przyszło już w pierwszej bitwie.

Rozgrywkę numer jeden stoczyłem z mieszanką tyranidów i kultu genstealerów, dowodzona przez reprezentanta Szwecji. Paring niby dobry, ale jak się okazało opóźnienie w rozpoczęciu gry plus dobra gra przeciwnika sprawiły że przegrałem tę bitwę 16:4. W ostatniej, 4 turze na stole zostały mi 3 czołgi, shadowsword i jakieś śmiecie. Przeciwnik miał już chyba tylko charakterów więc w piątej szykował się table. No ale piątej tury nie było. Co mogłem w bitwie zrobić lepiej? Pewnie pamiętać że tyranci mają więcej niż 10 woundów i strzelać do nich z SS. Zabrakło ogrania – jestem raczej z tych semi-competitive ;)

Druga bitwa to z jednej strony bułka z masłem a z drugiej orka na ugorze… Trafiłem na space marines z dodatkiem gwardii. Jakieś samolociki, jakieś agresory, trochę ciał w gwardii i moździerze. No w sumie nic ciekawego więc zapowiadało się na łatwy mecz. Ale… zawsze jest jakieś ale… Trafiłem na Włocha, który po pierwsze ani słowa nic a nic nie mówił po angielsku, po drugie wszelkie materiały na temat swojej armii miał w swoim rodzimym języku więc i pokazywanie zasad specjalnych nie miało większego sensu. No nic jakoś to poszło. Wygrałem 20:0, ale czułem się po tej bitwie jak po kilku godzinach tłumaczenia trzylatkowi że niedopałków po papierosach nie można zbierać z ziemi i wkładać sobie do buzi… ‘a dlaczego?’.

Trzecia bitwa na zakończenie dnia to potyczka z Dark Eldarami. W rozpisce przeciwnika 3 samoloty, ravengery, garść venomów i warriorów w tych venomach. Już na etapie rozstawienia mój przeciwnik popełnił dwa duże błędy. Nie policzył kroków wystawienia, mieliśmy ich tyle samo jeśli wrzuci wszystko do venomów, a on zaczynał. Postawił warlorda na stole poza transporterem, co spowodowało że dostałem +1 do zaczynania. Nie zrobiło to wielkiej różnicy, bo ja rzuciłem 5 a on 2 więc i tak bym zaczął, ale błąd jest błąd – trzeba się ich wystrzegać ;) drugi błąd zaważył o wyniku bitwy. Zamiast wrzucić wszystkie samoloty i ravengery do rezerw, zaczął z tymi pierwszymi na stole. Dzięki temu i mojemu zaczynaniu 2 samolotów w pierwszej turze już nie było, a trzeci stał na ostatnich woundach. Z rozkazów odpaliłem zasłonę dymną na czołgach i czekałem na to co się stanie. Stało się tyle, że ravengery spadły, spudłowały większość strzałów i zginęły od salwy zwrotnej w turze numer 2. Już było po grze, ale dograliśmy do końca. Atmosfera tego meczu była bardzo sympatyczna, a w następnych dniu Paul parę mnie zaczepił chwaląc się że grał kolejny mecz z gwardią, powrzucał wszystko w rezerwy i wygrał.

 

 

Dzień numer jeden skończyłem w górnej połowie stawki z 44 punktami. Mogło być lepiej, ale mogło być też gorzej, więc ogólnie byłem zadowolony

Drugiego dnia kolejne 2 bitwy. W pierwszej z nich trafiłem na T’au. Paringi były znane już poprzedniego dnia wieczorem więc otworzyłem hotline z dwoma chyba najlepszymi graczami T’au w Polsce – Behemotem i Zozem (w tym miejscu pozdrawiam obu). Powiedzieli mi mniej więcej czego się wystrzegać, co odpalić w pierwszej kolejności i tak dalej. Bitwa znów w bardzo przyjemnej atmosferze, ale niestety bez historii. Gwardia jest jednak za mocna na niektóre paringi… Przeciwnik był nastawiony na rozpiski z dużo liczbą latających oddziałów, a u mnie nie było ani jednego. Wyszedł mi z tego table w 3 turze i wynik 20:0.

Ostatnia bitwa to jak powiedział Kubcio prezent gwiazdkowy – nie wiem jakie on w domu prezenty dostaje, ale ja bym takiego nie chciał. Niby trafiłem na rozpiskę którą powinienem szybko i bezboleśnie pokonać 20:0, ale przeciwnik z którym grałem chyba nastawił się na zwycięstwo i był w tej grze strasznym członkiem. W rozpisce miał 3 teserakty, c’tana i jakieś śmieciowe rzeczy które miały łapać punkty. Przeciwnik zaczął, trochę mi połaskotał lemany i zabił sporo z moich śmieci. W swojej turze po obrwaniu tyloma mortal woundami tak się napaliłem że wreszcie mogę postrzelać, że zadeklarowałem strzelanie z Shadowsworda zanim wydałem rozkazy. Mimo że nie zdążyłem jeszcze rzucić kostkami to przeciwnik nie pozwolił mi już wydać rozkazów. Odpowiedziałem mu tylko że karma wraca i zacząłem strzelanie. Shadowsword zdjął jeden teserakt, lemany drugi. Pół armii necronów w piach. Przydał mi się warlord trait ‘old grudges’, który dał lemanom taki wygar że i bez rozkazów położyły teserakt ze sporą nawiązką. Karma wróciła, kolega z Niemiec zapomniał ruszyć jednych scrabów na objective i zaczął strzelanie. Normalnie bym mu pozwolił na ten ruch, bo i tak było już po grze, ale po tym co zrobił w 1 turze stwierdziłem, że też mogę być członkiem.

Ogólnie z bitew udało się ugrać 84 punkty. Wystarczyło to na 8 miejsce na turnieju. Więcej niż się spodziewałem. Chyba udało się godnie reprezentować FGB, ale o tym to już nie mi decydować.

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Click Shop | Hosting home.pl